Ostatni tydzień zdominował jeden album, o którym, mam nadzieję, przyjdzie mi kiedyś opowiedzieć. Oprócz niego kilka rzeczy mnie zaciekawiło, inne zniechęciły, a jeszcze inne wprawiły w miłe wyczekiwanie. Zapraszam was na przegląd nowości muzycznych: od rapów, elektroniki i postpunku do szamańsko-leśnych gitar.
Spodobał mi się ten format. Często zastanawiałem się przed kolejnym odcinkiem, co mi w duszy gra, żeby być dla Was energetycznie przekonującym. Czasem nic mi nie pasowało i choćbym walił na oślep, trafić nie trafię.
Dobrze mieć w takich momentach alternatywę w postaci długich list piątkowych nowości, którą urozmaicam o propozycje z kilku lubianych przeze mnie fanpage’y oraz „Radaru premier” na zielonej platformie. Najciekawsze rzeczy wpadają jednak przez przypadek, gdy playlista się skończy i algorytm zaproponuje swoje domysły.
Są w człowieku dwa wilki. Jeden mówi, że granie z live band to zabójstwo dla surowej kultury hip-hopu. Drugi chce więcej, bardziej, mocniej, bo znudził mu się kumpel DJ za konsoletą. Byli artyści, którzy twierdzili, że w życiu nie zgrają z żywymi instrumentami, po czym szybko zmieniali zdanie, gdy ktoś im dał taką opcję. A za opcją oczywiście stał pieniążek.
Są też artyści, którzy genetycznie nie potrafią się trzymać pewnej ramki, a rap czy hip-hop jest dla nich formą przekazu. Porozmawiamy sobie o takim gościu i (prawie) jedynym albumie, który powstał na bazie „wywalenia” na granice gatunkowe. Jak ten album znalazł się akurat teraz na bębnie – tego nie wiem. A może to wstęp do znacznie dłuższej, ważniejszej historii? Być może.
Ostatnio żadna płyta nie potrafiła mnie tak naprawdę do siebie przekonać. Jednocześnie nowości pojawiało się całkiem sporo – i to w całkiem dobrej jakości. Dlatego w tym odcinku wracam do pomysłu, który chodził mi po głowie już od kilku miesięcy, ale jakoś do tej pory nie było okazji go zrealizować.
Ostatnie dwa tygodnie przyniosły zapowiedzi płyt, na które naprawdę czekam, a także kilka rzeczy, które okazały się bardzo miłym zaskoczeniem. Skoro materiału uzbierało się tak dużo, tym razem będzie trochę inaczej: morze muzyki i minimum mojego gadania. Nowy, niecodzienny format. Jeśli się sprawdzi i przypadnie mi do gustu, będę do niego wracał co jakiś czas. Bo dobre rzeczy – niestety – nie zdarzają się aż tak często.
W zeszłym roku fani ciężkich brzmień przez kilka miesięcy czekali na pełny lineup 31. Pol’and’Rock Festivalu. Ekipa programująca wydarzenie trzymała wszystkich w niepewności do samego końca – o tym, kto zagra, kiedy i na której scenie, dowiedzieliśmy się mniej niż dwa miesiące przed startem festiwalu.
W tym roku ogłoszenia pojawiają się stopniowo, ale już pierwsze informacje rozbudziły nadzieję w naszych zniecierpliwionych sercach. Godsmack nie grali u nas już od dłuższego czasu, a na samym festiwalu chyba jeszcze się nie pojawili. Z tej okazji porozmawiamy o trzeciej płycie muzyków z Massachusetts. Będzie trochę o młodości, trochę o sentymentach i o pierwszych ciężkich brzmieniach, które kiedyś otwierały przed nami bramy piekieł.
Królestwa potrafią być piękne. Przechodzą przez czasy pokoju i wojny, toną w blichtrze, złocie i ornamentach. A jednak powstają często pod uderzeniami tępej siekiery, która zostawia na materiale swoje ślady i skazy. Królestwa pozostają przyziemne – z ich perspektywy widać nawet najmniejsze i najbiedniejsze istoty. Zupełnie inaczej jest z imperiami…
W tym odcinku zanurzymy się w retrospekcji i wrócimy do czasów młodości. Sięgniemy po brzmienia, które trzynaście lat temu dla nieopierzonego chłopaka wydawały się potężne, momentami wręcz nie do przejścia. Z czasem okazało się jednak, że były tylko bramą – wejściem do znacznie głębszych odmętów i muzycznych czeluści.
Martwe prawo – ale wciąż prawo. Na świecie nie brakuje przepisów, które dziś brzmią co najmniej osobliwie. Zupełnie „normalne” bywało jedzenie cebuli od siódmej rano, jeśli wykonywało się zawód użyteczności publicznej, czy spacerowanie po Nowym Jorku w kapciach, gdy noc zbliża się do godziny duchów.
Choć takie przepisy należą już właściwie do historii, dźwięki, które usłyszycie w tym odcinku, zdecydowanie nie są martwe. Wręcz przeciwnie – wygląda na to, że wciąż przeżywają swój moment świetności. Deadletter wjeżdża z debiutancką płytą!
Trochę z przyczajki, trochę niespodziewanie – wjeżdżam z nowym materiałem! Nagranie jest na żywo, ale powstało w studiu. I to w dodatku domowym. Przed wyjazdem na urlop nie mogłem zostawić Was bez odpowiedzi na pytanie: jak było na Inside Seaside? Czy było fajnie? Czy spełniło moje oczekiwania?
W tym odcinku opowiem trochę o swoich wrażeniach z festiwalu – oczywiście w rytmie najlepszych rzeczy, które udało mi się wtedy usłyszeć.
Lordofoniarze i Lordofoniary – taka gratka nie trafia się często! Nie dość, że spotkacie swojego ulubionego redaktora, to jeszcze usłyszycie u niego dwóch niezwykle utalentowanych muzyków.
W studiu pojawi się Maciek Poreda i Michał Jurek, którzy dali się namówić na rozmowę ze słuchaczami Radia MORS! Opowiedzą o swoich wydawniczych początkach, muzycznych inspiracjach oraz o tym, skąd biorą się teksty ich utworów. Nie zabraknie też historii o pewnym jegomościu, który zza kulis dyryguje pracą zespołu i – mówiąc pół żartem, pół serio – trzyma chłopaków za gardło.